Niemcy oskarżają Francuzów o użycie gazu
- Kategoria:
- Działania zbrojne
- Front:
- Front zachodni
- Data:
- 14 kwietnia 1915
- Autor:
- Łukasz Skowroń
- Tagi:
- Niemcy, Francja, broń chemiczna
14 kwietnia 1915 roku niemiecki komunikat wojenny, wydawany codziennie przez Wielką Kwaterę Główną, donosił z frontu zachodniego: „Na północny zachód od Verdun Francuzi użyli wczoraj przeciwko naszym liniom min wydzielających silny żółtawy dym i gaz o działaniu duszącym”. Krótka wzmianka, wciśnięta między wiadomości o walkach pod Berry-au-Bac i między Mozą a Mozelą, przeszła w prasie bez większego echa. Z dzisiejszej perspektywy jest jednak częścią serii, która ma swoje znaczenie.
Seria komunikatów
Nie było to pierwsze takie oskarżenie. Już 1 marca 1915 roku niemiecki komunikat podawał, że Francuzi „znowu, jak już przed kilkoma miesiącami”, strzelali pociskami wydzielającymi przy wybuchu cuchnące gazy, które zresztą nie wyrządziły szkody. 13 kwietnia, dzień przed omawianą wzmianką, mowa była o pociskach z gazem „oszałamiającym” na północny wschód od Suippes w Szampanii. Po 14 kwietnia oskarżenia przybrały na sile. 16 kwietnia komunikat stwierdzał, że Francuzi coraz częściej używają bomb z gazem o działaniu duszącym, a 17 kwietnia, że takie granaty i bomby zastosowali również Brytyjczycy na wschód od Ypres.
Żadnej z tych relacji nie da się dziś zweryfikować w szczegółach. Nie wiadomo, co dokładnie spadło 13 kwietnia na niemieckie okopy pod Verdun. Mogły to być francuskie granaty z gazem łzawiącym, ale równie dobrze zwykłe pociski, których dym niemieccy żołnierze wzięli za gaz.
Ziarno prawdy
Oskarżenia nie były wyssane z palca. Francuska armia miała na wyposażeniu tak zwane naboje duszące (cartouches suffocantes), granaty kalibru 26 mm wystrzeliwane z karabinka sygnałowego. Każdy zawierał kilkadziesiąt gramów bromooctanu etylu, substancji z grupy lakrymatorów, czyli gazów łzawiących. Pierwotnie wyprodukowano je dla żandarmerii i policji, do tłumienia zamieszek. Według wielu opracowań Francuzi sporadycznie używali ich na froncie od sierpnia lub jesieni 1914 roku, a 21 lutego 1915 roku francuskie ministerstwo wojny rozesłało uwagi o stosowaniu pocisków z gazem „oszałamiającym” (Niemcy opublikowali ich tekst kilka miesięcy później jako dowód swoich racji). Ilość gazu w jednym granacie była jednak tak mała, że na otwartym polu jego działanie było znikome, a Niemcy długo w ogóle go nie zauważali.
Francuskie i niemieckie środki łzawiące nie miały zabijać, lecz obezwładniać. Ich zwolennicy przekonywali, że nie łamią one deklaracji przyjętej w ramach konwencji haskich z 1899 roku, która zakazywała pocisków, których jedynym celem jest rozprzestrzenianie gazów duszących lub trujących. Z podobnych argumentów korzystali Niemcy, gdy pod koniec stycznia ostrzelali Rosjan pod Bolimowem pociskami z bromkiem ksylilu.
Przygotowanie gruntu
Gdy ukazywały się te komunikaty, na froncie pod Ypres od tygodni stały już zakopane w ziemi tysiące niemieckich butli z chlorem, przygotowane pod kierunkiem chemika Fritza Habera. Zabójczy gaz bojowy w takiej skali był czymś zupełnie innym niż francuskie granaty łzawiące. Historycy zwykle uznają, że kwietniowe oskarżenia miały przygotować opinię publiczną w Niemczech i w krajach neutralnych na to, co miało nastąpić. Gdyby przeciwnik zarzucił Niemcom złamanie prawa wojennego, mogli odpowiedzieć, że to on pierwszy sięgnął po gaz. Tak też się stało, gdy kilka dni później, 22 kwietnia, pod Ypres popłynęła pierwsza chmura chloru. Spór o to, kto zaczął, trwał jeszcze długo po wojnie, ale to Niemcy jako pierwsi użyli na froncie zachodnim gazu, który miał zabijać.