Początek bitwy o Romani
- Kategoria:
- Działania zbrojne
- Front:
- Bliski Wschód
- Data:
- 4 sierpnia 1916
- Autor:
- Łukasz Skowroń
- Bitwa:
- Bitwa o Romani
- Tagi:
- Imperium Osmańskie, Niemcy, Egipt, Australia
Nocą na 4 sierpnia 1916 roku osmańsko-niemiecka wyprawa pułkownika Friedricha Kressa von Kressensteina, która od dwóch tygodni posuwała się przez Synaj, uderzyła na brytyjską pozycję pod Romani, około 35–40 kilometrów na wschód od Kanału Sueskiego. Kress, jak sam później opisał swój plan, zamierzał ostrzelać reduty brytyjskiej piechoty z ciężkich dział i atakować je tylko słabymi oddziałami, a główne siły rzucić od południa, przez wydmy, na prawe skrzydło i tyły obozu. Brytyjczycy spodziewali się dokładnie tego. Według ich historii oficjalnej (MacMunn i Falls, Military Operations: Egypt and Palestine) generał Archibald Murray kazał nawet przygotować własne natarcie na Turków około 13 sierpnia, w czasie pełni księżyca, gdyby ci nie zaatakowali wcześniej. Przed wybrzeżem stały brytyjskie monitory, w Kantarze czekał pociąg pancerny, a wszystkie samoloty w Egipcie ściągnięto nad kanał.
Noc na wydmach
Noc była łagodna i cicha, a w lekkiej mgle piasek lśnił tak, że ruch widać było na sto metrów. Na skrzydle, na zachód od wydmy Katib Gannit, stała 1 Brygada Australijskiej Lekkiej Kawalerii, stara brygada dowódcy dywizji, generała majora Harry’ego Chauvela, z którą walczył na Gallipoli. Tuż przed północą placówki zobaczyły przed sobą duże siły. Po godzinie ciszy Turcy otworzyli ogień na całej linii i podeszli miejscami na 50 metrów. O 2.30 z głośnymi okrzykami ruszyli na wydmę Mount Meredith. Według historii oficjalnej ich szeregi, widoczne na tle srebrzystego piasku, były łatwym celem i pierwszy szturm załamał się z ciężkimi stratami, a zabici staczali się po stromym stoku. Napór na skrzydła wzgórza był jednak zbyt silny i o trzeciej Australijczycy je opuścili, a pół godziny później dosiedli koni i cofnęli się na drugą linię.
Chauvel miał pod ręką także 2 Brygadę, ale nie chciał jej rzucać do walki po ciemku, zanim rozjaśni się, co naprawdę się dzieje. Świt pokazał, że przeciwnik obchodzi Australijczyków od zachodu. Obie brygady, z których żadna nie miała więcej niż 800 karabinów do walki pieszej, cofały się oddział za oddziałem na grzbiet Wellington, a około siódmej opuściły i jego. Gdy godzinę później Turcy pojawili się na grzbiecie, kilkaset metrów od obozu Etmaler, ogień konnych baterii z Ayr i Leicesteru szybko ich z niego zepchnął. W tym czasie piechota osmańska nacierała na reduty szkockiej 52 Dywizji. Według historii oficjalnej w samą redutę nr 4 trafiło tego dnia 108 pocisków, a w jej zasieki kolejne 61, ale szturm załamał się 150 metrów przed nią.
Mount Royston
O dziesiątej front Australijczyków był odwrócony na południe, a lewe skrzydło przeciwnika sięgało wydmy Mount Royston, około 4 kilometrów na zachód od grzbietu Wellington, i zagrażało linii kolejowej do Kantary. Obejście zatrzymał na razie szwadron Gloucestershire Hussars, który ruszył bez rozkazów od stacji Pelusium, a potem pułk złożony z jeomanerii z hrabstw Gloucester i Worcester. Historia oficjalna zauważa, że choć sytuacja wyglądała groźnie, Turcy w gruncie rzeczy już przegrywali: dwie brygady australijskie pokrzyżowały im plan, byli zmęczeni nocnymi marszami, a wodę z manierek wypili i w rosnącym upale nie mieli nowej.
Około czternastej Nowozelandzka Brygada Strzelców Konnych generała brygady Edwarda Chaytora ruszyła pieszo przez sypki piach na Mount Royston. Szło się powoli, pod ogniem prawie niewidocznego przeciwnika. O siedemnastej szwadron Gloucestershire Hussars i dwa plutony Worcestershire Yeomanry wjechały galopem na południowy grzbiet wydmy, a obrońcy nie czekali na szarżę. Jeomani wystrzelali konie baterii dział jucznych w kotlinie i Turcy zaczęli wbiegać na grzbiet z podniesionymi rękami. Do osiemnastej Nowozelandczycy i jeomani, wsparci przez bataliony 127 Brygady z 42 Dywizji, przywiezione właśnie koleją, zajęli całą wydmę. Wzięli około 500 jeńców, baterię i dwa karabiny maszynowe.
Wieczorem Turcy ostatni raz spróbowali przejść przez grzbiet Wellington, ale odparła ich artyleria. Po zmroku dwa bataliony szkockich Scottish Rifles podeszły na sto metrów pod grzbiet i tam się zatrzymały. Ich dowódca kazał im przez całą noc trzymać przeciwnika w ogniu i czekać do świtu, licząc, że rano weźmie więcej jeńców, niż gdyby rozproszył Turków po ciemku. Australijczycy spędzili noc na polu bitwy po dwudziestu godzinach walki. Atak Kressa się nie powiódł, ale jego żołnierze wciąż stali na grzbiecie panującym nad obozem, a Brytyjczycy mieli na następny dzień pięć brygad konnych, w tym jedną zupełnie świeżą.