Pierwszy atak miotaczami ognia
- Kategoria:
- Działania zbrojne
- Front:
- Front zachodni
- Data:
- 26 lutego 1915
- Autor:
- Łukasz Skowroń
- Tagi:
- Niemcy, Francja, wojna pozycyjna
26 lutego 1915 roku w lesie Malancourt, na zachodnim brzegu Mozy, na północny zachód od Verdun, Niemcy zaatakowali francuskie okopy nową bronią. Doświadczalny oddział majora Landwehry Bernharda Reddemanna zalał pozycje przeciwnika strumieniami płonącej cieczy z miotaczy ognia. Brytyjczycy, którzy kilka miesięcy później sami poznali tę broń, nazywali ją „płynnym ogniem” (liquid fire). Zwykle uznaje się ten atak za pierwsze bojowe użycie miotaczy ognia w tej wojnie.
Strażak i pirotechnik
Pomysł miotacza ognia rozwijało w Niemczech dwóch ludzi. Pirotechnik Richard Fiedler na początku XX wieku proponował armii urządzenie, które za pomocą sprężonego gazu wyrzucało przez lancę strumień płonącego oleju. Bernhard Reddemann był oficerem rezerwy pionierów i zawodowym strażakiem, komendantem straży pożarnej w Poznaniu, a później w Lipsku. Według relacji już w czasie manewrów pod Poznaniem w 1907 roku bronił fortu sikawkami strażackimi, a potem zaczął eksperymentować z płonącymi cieczami. Armia niemiecka przyjęła na uzbrojenie dwa typy miotaczy: duży, obsługiwany przez kilku żołnierzy, i mniejszy, noszony na plecach.
Miotacze uważano za sprzęt do zdobywania twierdz i przydzielono je oddziałom pionierów. Według części źródeł Niemcy próbowali użyć płonącej cieczy już jesienią 1914 roku w rejonie Argonnów, ale te pierwsze próby nie przyniosły większego efektu i sprzęt wycofano z frontu. Reddemann był jednak przekonany, że nowa broń może dać piechocie przewagę w wojnie pozycyjnej. Na przełomie 1914 i 1915 roku powierzono mu utworzenie specjalnego oddziału. Według najczęściej podawanych danych liczył on 48 ochotników, wśród nich wielu strażaków.
„To było piekło”
Pod osłoną ciemności pionierzy przenieśli ciężkie zbiorniki, aparaturę i węże okopami łączącymi na pierwszą linię naprzeciw lasu Malancourt. W wyznaczonej chwili, według części relacji w południe, otworzyli zawory. Na odcinku szerokim na około 700 metrów, gdzie okopy przeciwników dzieliło od kilkunastu do około 35 metrów, kilkanaście aparatów wyrzuciło ogień na francuskie stanowiska. Reddemann opisywał później, że dwanaście strumieni płomieni z głośnym sykiem przeleciało za nieprzyjacielski przedpiersie, a po drugiej stronie rozległy się krzyki bólu. Kto nie zajął się ogniem, wyskakiwał z okopu i uciekał. Jeden z wziętych do niewoli francuskich oficerów miał powiedzieć: „To było piekło!”.
Niemiecka piechota bez trudu zajęła francuskie okopy. Był to jednak tylko lokalny eksperyment, bez sił, które mogłyby wykorzystać powodzenie. Walki w lesie Malancourt trwały jeszcze 27 lutego, a ogień francuskich oddziałów powstrzymał dalsze postępy Niemców. Liczba ofiar tego ataku nie jest pewna.
Nowy rodzaj broni
Sukces przekonał niemieckie dowództwo. Już w marcu 1915 roku Reddemann otrzymał do dyspozycji większą jednostkę, 3 Batalion Pionierów Gwardii, którego kompanie wyposażono w miotacze ognia. Wspierał go następca tronu Wilhelm, dowódca 5 Armii, na której odcinku leżał Malancourt. Pododdziały miotaczy ognia przydzielano odtąd do natarć na szczególnie trudne pozycje, a od lata 1915 roku zetknęli się z nimi także Brytyjczycy we Flandrii.
Francuzi szybko zaczęli budować własne miotacze. Pierwszy francuski atak z ich użyciem, przeprowadzony w czerwcu 1915 roku pod Vauquois przez saperów wywodzących się z paryskiej straży pożarnej, zakończył się jednak niepowodzeniem. Niemcy pozostali mistrzami tej broni do końca wojny. W kolejnych latach ich pionierzy z miotaczami ognia przeprowadzili setki ataków.